Materiały duszpasterskie Newsy

Felieton Wikarego na 19 listopada 2017 roku

Wpisany przez ks. Tomasz Gałuszka

Nonsens przelewania oceanu do szklanki

Wielość ludzi generuje bogactwo uzdolnień i talentów, które odkrywamy każdego dnia. Są one zróżnicowane co do ilości, rodzaju i zakresu – i to jest normalna droga. Nikt nie może zmusić kogoś do przekroczenia granicy tego, czego może się nauczyć i dokonać, co może objąć czy przyswoić. Jak napisał jeden z komentatorów liturgii słowa z XXXIII niedzieli zwykłej w ciągu roku: „przekroczenie tej naturalnej granicy, czyli wszelki nadmiar, byłby bezsensowny. Ale każdy powinien dążyć do osiągnięcia granic swoich możliwości. Do takiego najwyższego poziomu wiedzy, umiejętności czy sprawności każdy ma prawo i z tego Bóg zażąda kiedyś rachunku”. Rodzi się pytanie: czy my współcześni mamy ochotę podejmować tak szeroki rozwój? Czy ogrom sympozjów i dokształceń nas nie uśpił?

Trudno chyba nie zauważyć, że współczesny człowiek „niby” chciałby dużo zarabiać, być „kimś”, ale co przeraża – jak najmniejszym kosztem i wysiłkiem. Kiedy analizuje się statystyki egzaminów dojrzałości czy kończących szkoły gimnazjalne, to dostrzec można zatrważająco niski poziom wiedzy ogólnej naszej młodzieży i dzieci. Gdy rozmawia się z nauczycielami akademickimi, to spotkać można także bardzo negatywne wnioski: „ studenci mają potencjał wiedzy, ale brak im chęci i liczą tylko na szmugiel i krętactwa, co w konsekwencji prowadzi do oszustw i braku kompetencji”. Może wydawać się niektórym z Was, Drodzy Czytelnicy, że to przejaskrawione wypowiedzi, ale obawiam się, że nie. Podejście skrajnie utylitarne, czyli praktyczne sprawiło, że od wielu lat nasza edukacja jest na miernym poziomie. Nie wynika to z braku nauczycieli czy narzędzi pracy, ale z błędnego założenia, że najważniejsza jest ilość ludzi wykształconych, bez zwrócenia uwagi na jakość kształcenia, bez uwrażliwienia na prawość i odpowiedzialność wykonywania zawodu czy powołania życiowego. Dziś zbieramy tego owoce, a mianowicie tabuny „niby” wykształconych magistrów czy doktorów, którym brakuje podstawowej wiedzy w danej dziedzinie. Wyników, nie trzeba szukać gdzieś daleko, ale wystarczy zadać kilka kluczowych pytań i od razu widzimy czy mamy do czynienia z człowiekiem merytorycznie przygotowanym i pełnym chęci zdobywania wiedzy i dzielenia się nią, czy człowiekiem, który jest łasy na wielkie pieniądze, a o szacunku do pracy i drugiego człowieka w ogóle nie pamięta, a co gorsza, nawet nie myśli.

W konsekwencji zauważa się, że gdy upomnimy daną osobę „niby” wykształconą, że brak jej podstawowej wiedzy, to ta natychmiast się obraża i zaczyna nam szkodzić i grozić – co patrząc obiektywnie – jest śmieszne i prymitywne, ale kto chce się tym przejmować? Przecież liczą się pieniądze, wielkie akcje, klipy reklamowe, ilość klientów czy wielość uczniów – nikt nie chce uderzyć w stół i wziąć się do gruntownej pracy, bo przecież lepiej siedzieć w tłumie, który ma swoje „niby standardy”. Ta wszechogarniająca bylejakość sprawia, że brakuje robotników do pracy, nie można powierzyć budowy nikomu, bez konkretnej kontroli, bo zaraz wszystko zostanie zniszczone, ściany krzywe, płytki odpadną, drogi będą mieć dziury, prace naukowe będą plagiatami, firmy będą generować ciągłe straty, brat będzie okradał brata, będzie szerzyć się przerażające donosicielstwo i plotkarstwo, nawet na najwyższych szczeblach władzy tak świeckiej, jak i duchownej. Tak moglibyśmy wyliczać dalej różne mankamenty, które wszyscy zauważamy i często nie możemy tego wszyscy już znieść, ale uśpieni jesteśmy. Wydawałoby się, że mamy inne czasy, niż te kiedy Stanisław Wyspiański pisał „Wesele”, ale jest dokładnie tak samo, a śmiem twierdzić, że o wiele gorzej. To dziś trzeba zadąć w róg, aby na nowo obudzić w narodzie poczucie wspólnoty oraz budowania Domu – jakim jest Polska. Potrzeba poruszyć serca nas wszystkich, abyśmy nie zapomnieli rozwijać talentów, które mamy od Boga samego, bo nie tylko, że kiedyś na sądzie Bożym będziemy z tego rozliczeni, ale tu i dziś zauważymy, że to wszystko jest nam konieczne, aby normalnie żyć i służyć sobie nawzajem, a nie niszczyć się i podkopywać. Nie na darmo Pan Prezydent Rzeczypospolitej na narodowe czytanie roku 2017, wybrał ten wyżej zasygnalizowany przeze mnie – dramat z przełomu wieku XIX i XX. Pomyślmy: czy wystarczy widzieć braki i nic nie robić? Czy może ciągle weryfikując swoje postępowanie i innych, podejmować konkretną pracę nad sobą, przyczyniając się swoim dobrym postępowaniem do rozwoju nie tylko samego siebie, ale przede wszystkim rodzin, zakładów pracy, gminy, powiatu, województwa oraz państwa, a w konsekwencji szerokich wspólnot całego świata.

Jeśli jesteśmy wrażliwi na słowo Boże, które daje nam Kościół, to słyszymy dziś poemat o dzielnej niewieście z księgi Przysłów, który ukazuje nam kobietę oddaną całym sercem Bogu i ludziom. Zatrzymajmy się w medytacyjnej zadumie, przeanalizujmy swoje postępowanie, zwróćmy uwagę na wszelkie braki. Nie załamujmy się, ale pełni nadziei wkraczajmy na drogę miłości i przebaczenia razem z innymi. Nie wiemy, kiedy nadejdzie „dzień Pański”, dzień końca i wypełnienia. Dla nas osobiście nadejdzie to w chwili śmierci osobistej, dlatego do tego momentu mamy przeżywać czas pracy, wiernej służby i wysiłku. Sama wierność i odpowiedzialność, to nie „konserwowanie tego, co się posiada, lecz polega na rozwijaniu darów, które się otrzymało. W tej pracy musimy wzrastać i dojrzewać, być gotowymi wszystko oddać, aby wszystko zyskać”. Wszystko leży w naszych rękach, w wychowywaniu młodego pokolenia do prawdziwych wartości, a nie do wykorzystywania i bylejakości. Obudźmy się z letargu, sięgnijmy do naszych korzeni wiary i tradycji narodowych. Nie poniżajmy nikogo, ale dając szansę motywujmy do gorliwego życia i rozwoju talentów i umiejętności. „Nieście je jako dary Ducha Świętego wszystkim, którzy potrzebują waszego miłosierdzia. Niech owocują w waszych rodzinach, szkołach i środowiskach” – jak powiedział św. Jan Paweł II dnia 07 czerwca 2003 roku.