Newsy

Homilia ks. W. Rafacza na pogrzebie (eksporta) śp. ks. Franciszka Dziedzica

Wpisany przez red.

Homilia na pogrzebie (eksporta) śp. ks. prałata Franciszka Dziedzica w kościele pw. Narodzenia NMP w Rzeszowie – Staroniwie, w dniu 28.11.2017 r., którą wygłosił ks. Wiesław Rafacz, ojciec duchowny kapłanów.

Ekscelencjo, Księże Biskupie!
Czcigodni Księża!
Drodzy Diakoni, Bracia Klerycy!
Czcigodne Siostry zakonne!
Drodzy: Siostry i Bracia!

Dla nas wszystkich jest oczywiste, że w tej chwili to my potrzebujemy Słowa Bożego. Ksiądz Franciszek Go nie potrzebuje. Wierzymy, że ks. Franciszek rozmawia z Panem Bogiem twarzą w twarz. Dla niego skończył się czas znaków i słów potrzebnych tak bardzo dzisiaj nam. On poznaje Pana Boga tak, jak sam został przez Niego poznany. My potrzebujemy Słowa, które nas może przeprowadzić przez to, co przeżywamy.

Myślę, że pierwszym Słowem Bożym, które przychodzi dziś do nas w związku z tą śmiercią jest jej czas. Człowiek nie wybiera godziny swojej śmierci. Nikt z nas nie rozporządza sobą w taki sposób. Nikt z nas nie decyduje, kiedy się rodzi i nikt z nas nie decyduje, kiedy umiera. Ten czas jest wyjątkowy na wiele sposobów. Sama godzina śmierci ks. Franciszka – 3.00 w nocy.

“Niech będą przepasane wasze biodra i zapalone pochodnie. A wy podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze (…) Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie (Łk 12, 35-37a, 38).

Do ks. Franciszka Pan, Oblubieniec nadszedł i zakołatał o czwartej straży nocnej… Czwarta straż nocna rozciągała się od trzeciej w nocy do szóstej nad ranem. Z biologicznego punktu widzenia to szczególna pora: w tym czasie, organizm ludzki jest najsłabszy. Statystycznie najwięcej zgonów następuje między trzecią a piątą nad ranem. Między trzecią a piątą. Czas słabości. Czwarta straż nocna. Ten czas przywołuje Chrystusa kroczącego po wzburzonych falach Jeziora Galilejskiego – to dla nas figura Zmartwychwstałego Pana, który kroczy po wodach śmierci. Pan przychodzi i mówi: Odwagi! Ja jestem… Bóg jest blisko nas w czasie naszej słabości, o czwartej straży naszego życia. Bóg w Jezusie Zmartwychwstałym był blisko ks. Franciszka, który jak św. Piotr, wyszedł z łodzi doczesnego życia i zaczął kroczyć po wodach śmierci, po wzburzonych falach. Pewnie na widok burzy i otaczających fal, Franciszek jak Piotr wydobył z siebie pełne ufności słowa: “Panie, ratuj mnie!” I wtedy Pan wyciągnął Swoją rękę i chwycił go. I wziął do Siebie.

“Prawdziwie jesteś Synem Bożym.” W porze największej słabości człowiek sam nie pokona żywiołów. Wtedy przychodzi Pan.

Od godziny śmierci ks. Franciszka jeszcze bardziej ważny jest dzień,a właściwie Noc – Wigilia Uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. W tym dniu Ewangelia wzywa nas  byśmy się zachwycili Chrystusem Królem. W tym zachwycie warto zwrócić uwagę, że Chrystus nie chce być Królem sam… W Niebie jest bowiem niewyobrażalnie duży tron, na który Jezus nas zaprasza, mówiąc: “Weźcie w posiadanie Królestwo przygotowane wam od założenia świata”. Rzadko tak właśnie myślimy o Niebie. Niebo jest miejscem, gdzie Bóg chce wywyższyć człowieka, jest miejscem, gdzie Bóg chce usłużyć człowiekowi, gdzie jak  słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii – człowiek jest przy stole, a Bóg mu usługuje. Chrystus jest Królem, który nie pilnuje swojej władzy zazdrośnie, by nikt z niej nie zaczerpnął. Chrystus ma godność królewską, którą chce się podzielić z każdym. Tron w Niebie jest ogromny i czeka na każdego. Nasz Król jest głodny, spragniony, nagi, umierający na krzyżu. On nie potrafi przeżywać swojej godności królewskiej inaczej i to jest Jego wybór… On nie potrafi inaczej panować nad nami, jak z wysokości krzyża – kochając i dając Siebie. To dla nas wszystkich Dobra Nowina o Bogu, który jest Królem z wysokości krzyża. To Dobra Nowina dla ks. Franciszka, który przez tego Króla – Chrystusa Króla, z wysokości swojego krzyża choroby, cierpienia, bezsilności i bezradności został wzięty, aby – jak ufamy – zająć razem z Nim, swoje miejsce na tym wielkim Tronie w Niebie.

Dzisiejszy dzień exporty, rozpoczynający uroczystości pogrzebowe ks. Franciszka nie jest dla nas jakąś celebracją śmierci – gdybyśmy to uczynili, to jak znam życie, ks. Franciszek nie byłby zadowolony i pewnie by na nas krzyczał.

Ten pogrzeb to wielka celebracja życia – Życia, które się nie kończy.
Jakie to było życie?

To ziemskie życie ks. Franciszka rozpoczęło się 15 października 1946 r. w Pysznicy k. Niska, w rodzinie Michała i Katarzyny, “ludzi prostych, a zarazem pełnych wiary” – jak zaznaczył w “Testamencie” ks. Franciszek. To właśnie z testamentu dowiadujemy się, że ojciec ofiarował Franciszka na służbę Bogu w czasie pierwszych po wojnie misji świętych w Pysznicy /o czym sam Franciszek dowiedział się dopiero po święceniach kapłańskich/. Imię, które Franciszek otrzymał na chrzcie świętym, sprawiło zapewne to, iż w duszy i sercu tego chłopca odbijały się mocno postawy serca św. Franciszka z Asyżu, jego patrona.

Ks. Franciszek to wielki miłośnik stworzenia, który swoim życiem wyśpiewał swoją “Pieśń słoneczną” na cześć Stwórcy wszystkiego, co piękne. Codziennie potrafił fascynować się pięknem świata i przyrody, godzinami mógł opowiadać o roślinach i zwierzętach ze swojej „posiadłości” rodzinnej w Zarzeczu. Ileż to razy mogliśmy słuchać chociażby historii o bażantach, które dokarmiał w czasie choroby, gdy jeszcze był sprawny.

Pan Bóg obdarzył Franciszka wrażliwym sercem i duszą artysty. To sprawiło, że rozpoczął naukę w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu, gdzie spotkał się ze Sługą Bożą Anną Jenke. To wybitna polonistka, wyśmienity pedagog i charyzmatyczna wychowawczyni młodych ludzi. To właśnie jej Franciszek tak wiele zawdzięczał i tak często – chociażby podczas rekolekcji – o niej mówił. Cytował też często słowa Anny, które dzisiaj nabierają szczególnego znaczenia: “Niebo jest wielkie, piękne i moje…” Te słowa stawały się Franciszkowym pragnieniem i tęsknotą i – wierzymy – że już dzisiaj realizują się w wieczności.

“Niebo jest wielkie, piękne i moje…”

Dusza artysty we Franciszku nigdy nie umarła. Owszem, ożywiła się i “urosła” jeszcze bardziej, gdy swój talent przeniósł ze szkoły plastycznej w kilka miejsc pracy, do służby wojskowej i w końcu w 1974 r. do Wyższego Seminarium Duchownego w Przemyślu.

W 1980 r. przyjął święcenia kapłańskie. W “Testamencie” napisał: “…Dziękuję Bogu (…) za dar powołania do kapłaństwa, którego jestem najmniej godny.” To właśnie w kapłaństwie Chrystusowym zaczęły powstawać jego największe dzieła. Niewiele malował na płótnie, często odkładał sztalugi, aby brać do rąk Biblię – Księgę Życia, aby otwierać Ewangelię, aby łamać dla braci Chleb Życia w Eucharystii. Ks. Franciszek otrzymał wyjątkowy charyzmat Bożego czytania Ewangelii i go nie zmarnował. Jego kapłaństwo było nasycone Ewangelią, jego życie stawało się ewangeliczne. Dzielił się Ewangelią jak chlebem. Franciszek przekonywał nas także, że “Żywe jest Słowo Boże i skuteczne…” (Hbr 4,12). Można to było wyczytać z jego życia. Nam – wtedy młodym księżom zgromadzonym wokół siebie – często powtarzał, że jesteśmy do ewangelizacji, że mamy głosić Słowo, które daje wiarę; mamy głosić Dobrą Nowinę – prawdy o Bogu, który kocha grzesznika, że mamy też nieustannie się nawracać i wzywać do nawrócenia.

Ks. Franciszek był dla nas wzorem gorliwości w ewangelizacji i wielkiej miłości do Jezusa Chrystusa i do Kościoła. Głosił Ewangelię tam, gdzie wołał Go Chrystus. Przez wiele lat cicho, bezinteresownie, pokornie katechizował bezdomnych w Schronisku Św. Brata Alberta – wtedy, gdy jeszcze nikt zbytnio nie zapraszał nas do pójścia na peryferie.

Te postawy to zapewne owoc jego wrażliwego serca otwartego na Słowo Boże, ale też owoc jego nieustannej formacji kapłańskiej  – formacji do wiary dojrzałej , którą czerpał ze spotkania z Drogą Neokatechumenalną. Pracując jako wikariusz w parafii Chrystusa Króla w Rzeszowie był pierwszym prezbiterem jednej z dwóch najstarszych, pierwszych wspólnot w Rzeszowie.

Ks. Franciszek przez doświadczenie tej Drogi, tej formacji, może dziś wobec nas powtórzyć za Tertulianem: “My, rybki, które bierzemy swoje imię od Jezusa Chrystusa, rodzimy się w wodzie i tylko w niej pozostając jesteśmy uratowane”.

Ks. Franciszek zanurzony w wodach chrztu nieustannie pragnął przebywać w tych wodach, aby mieć życie, aby zostać uratowanym, zbawionym. To zanurzenie w wodach chrztu, zanurzenie w śmierci Chrystusa, stawało się dla niego doświadczeniem zmartwychwstania w Chrystusie, nowego życia. Ks. Franciszek wiedział dobrze o tym, że nie ma zmartwychwstania bez  krzyża i nie ma krzyża bez zmartwychwstania. Wiedział, że aby móc zmartwychwstać, to trzeba wcześniej umrzeć; aby otrzymać nowe życie – trzeba oddać, stracić stare.

W ostatni piątek, podczas przedostatniego spotkania z ks. Franciszkiem, zadał mi pytanie, czy głoszę Słowo w najbliższą niedzielę. Odpowiedziałem, że pewnie nie, ale że wieczorem jadę do Chmielnika na spotkanie z neoprezbiterami. Przeczytałem mu wtedy z telefonu fragment sobotniej Ewangelii z prośbą o jakąś dobrą myśl: “…ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzewie, gdy Pana nazywa “Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba”…Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją”. Odłożyłem telefon i znacząco popatrzyłem na Franciszka z pytaniem: “I co?” On odpowiedział bardzo słabym głosem: “Jak to co? JEST ŻYCIE!”

Jest Życie! A to znaczy, że nie ma żadnego “wiecznego odpoczynku”, tylko jest “wieczny ruch”, jest wieczne bycie z Bogiem, jest wieczne spełnianie czegoś, co dziś znamy pod imieniem Tęsknota. Żaden koniec.

Miłosierny Boże, spraw, aby Twój sługa, kapłan Franciszek, którego w ziemskim życiu zaszczyciłeś świętym posłannictwem, radował się wiecznie w niebieskiej chwale. Przez Chrystusa Pana naszego.

Amen.