Newsy

Jezusowe rany

Wpisany przez red.

Trwamy w Wielkim Poście. Czasie szczególnego przeżywania tajemnic zbawienia. Od kilku dni po mojej głowie chodzi obraz Pana Jezusa ubiczowanego, stojącego przed Piłatem, gdy Jego ciało pokryte jest niezliczoną ilością ran. Jezus stoi ubiczowany, ukoronowany cierniem, a Piłat ukazując ludowi Chrystusa miał powiedzieć, jakże wiele mówiące słowa: Oto człowiek.

Rany na ciele Jezusa powodują, że nieraz chcemy odwrócić głowę, bo nie można sobie wyobrazić takiego cierpienia. I fizycznego i psychicznego, przecież Jezus stał przed ludźmi, a oni wyśmiewali Go, ostatecznie wybierając wolność Barabasza.

Miłość. W dzisiejszych czasach jest to słowo mocno przereklamowane. Bo co właściwie dziś znaczy miłość? Słowo kochać zdaje się być ulotne, bo dziś kocham jutro już nie. Niestety bywa i tak… patrząc na obraz Jezusa ubiczowanego dowiadujemy się co znaczy naprawdę kochać. A im dalej pójdziemy z Jezusem drogą krzyżową tym ta miłość stanie się jeszcze bardziej dla nas … niezrozumiała.
Jezus nosi na swoim ciele niezliczoną ilość ran. My też nosimy ich wiele. Większości z nich nie widać. Ukrywamy je pod makijażem, ubraniem, smutkiem, nijakością, obojętnością, pracą… wieloma rzeczami czy zachowaniami. Jednak gdy wieczorem, może w samotności pokoju, stajemy przed niewidzialnym lustrem samych siebie, ściągamy te wszystkie „maski” i wtedy dokładnie widzimy każdą z nich. To mogą być przeróżne rany. Rany gniewu, niezrozumienia, porzucenia, kłótni, strachu… i wiele innych.

Możemy oczywiście powiedzieć, że Jezus został ubiczowany dlatego, że tak wtedy traktowano skazańców. Tak. Ale chciejmy popatrzeć na to głębiej. Może to w jakiś sposób jest symboliczne powiedzenie mi i Tobie – ludziom XXI wieku, ale także każdemu przed i po nas, że Jezus każdą naszą ranę przyjął na siebie. W naszym cierpieniu nie zostajemy sami. Pierwszą prawdą jest ta, że On realnie, prawdziwie cierpiał. Nie było to cierpienie widziane z boku, czy oglądane gdzieś tam. On naprawdę przeżył to cierpienie i rozumie każdego z nas. Drugą prawdą jest fakt, że Jezus cierpiał by nam było lżej, jest naszym Nauczycielem. On pokazuje jak znosić to co trudne.
Możemy zapatrzeć się dziś w ten obraz, który może przeniknąć człowieka aż do kości. Pomyśleć o swoich ranach i trudach, pomyśleć, że Jezus ma na swoim ciele także moją ranę, niesie ją. I może właśnie tylko dzięki Jego pomocy jestem w stanie iść jeszcze do przodu i choć może jest mi niezwykle trudno to On daje nadzieję. Po swojej męce Chrystus umarł ale i zmartwychwstał. I jest to największa nadzieja naszej wiary. On zmartwychwstał byśmy i my mogli kiedyś zmartwychwstać ale już inni bez ran, bez cierpienia.

Napisałam wyżej, że miłość Jezusa jest dla wielu niezrozumiała. Trudno jest zrozumieć, że wszechmogący Bóg, który stworzył świat wydał się w ręce ludzi, bo tak ich ukochał, dał się ubiczować, poranić swoje ciało, przybić do krzyża, by nasze rany były mniej bolesne. Możemy zapytać: po co było to wszystko? Bo Bóg kocha człowieka w najbardziej bezinteresowny sposób.
Nie bójmy się odkryć przed Jezusem każdej naszej rany, po to, by On mógł ją uleczyć. On odsłonił przed nami każdą swoją ranę. Nie bójmy się więc i my pokazać Mu swoich, być przed Nim prawdziwymi. On zrozumie.

Bóg, który stał się ciałem, jest podstawą uczynków miłosierdzia. Rany naszych braci są ranami Chrystusa, są ranami Boga, bo Bóg stał się Chrystusem. „Zatem musimy się nawrócić nie do Boga abstrakcyjnego, lecz do konkretnego Boga, który stał się Chrystusem (…) Jedyna pewna droga to podążanie za Chrystusem ukrzyżowanym, za zgorszeniem krzyża. A te trzy rzeczywistości: człowiek, Bóg i droga są busolą chrześcijanina, która chroni nas od pomylenia drogi – Papież Franciszek

Magdalena Maraj