Newsy

Nie szemrajmy przeciw młodzieży. Rozmowa z ks. K. Golasem

Z ks. Krzysztofem Golasem, diecezjalnym duszpasterzem młodzieży, uczestnikiem ŚDM w Panamie, rozmawia ks. Tomasz Nowak.

Przed wyjazdem do Panamy, w czasie pożegnania, bp Jan Wątroba powiedział do was, do dwudziestoosobowej grupy z Rzeszowa: „Zostawcie w dalekiej Panamie jak najpiękniejszy ślad w sercach gospodarzy i młodzieży z całego świata”. Czy się udało?

Nie wiem czy zwróciła na nas uwagę młodzież z całego świata, ale wydawało nam się, że jesteśmy nieco egzotyczni dla uczestników ŚDM i samych goszczących nas Panamczyków. Dano nam odczuć, że jesteśmy wyczekiwani, a my próbowaliśmy pokazać, jak wiele ci ludzie dla nas znaczą. Sądzę, że daliśmy dobre świadectwo chrześcijaństwa o kolorycie „egzotycznie polskim”.

Do Panamy przylecieliście bezpośrednio z Warszawy. Jak się potoczyły wasze losy po wylądowaniu? Ktoś na was czekał i podwiózł do miejsca zamieszkania czy sami musieliście sobie radzić korzystając np. z autobusów?

Noriel, wolontariusz zaangażowany w przygotowanie Dni w Diecezji z parafii La Pintada, gdzie mieliśmy mieszkać, zaoferował nam pomoc w organizacji transportu i przyjechał po nas na lotnisko małym busem. Podróż była przyjemna, choć w upale. Przez wszystkie dni ŚDM temperatura przekraczała 30 st. Celsjusza. Jechaliśmy przez dwieście kilometrów rozglądając się po nowym dla nas krajobrazie. Nie mogliśmy oderwać oczu od zieleni, tym bardziej, że wyjechaliśmy z Polski w zimie.

Pierwszy tydzień pobytu w Panamie, tzw. Dni w Diecezji, spędziliście w diecezji Penonomé. Gdzie mieszkaliście i jaki był plan tego tygodnia?

Ogólnie założenie było proste: Dajmy się Bogu zaskoczyć. Stało się to dosyć szybko.La Pintada w diecezji Penonomé, to parafia położona w centrum Panamy. Obejmuje ponad 80 wiosek i małych wspólnot. Mieszkańcy przyjęli nas niezwykle ciepło. Czekali na nas przed kościołem parafialnym. Każdy z uczestników został przydzielony do jednej rodziny. Po powitaniu i podziale rozjechaliśmy się do różnych wiosek – niektóre z nich były znacznie oddalone od centralnego kościoła. Ja trafiłem do rodziny Alfonsa i Aury Martinezów. Tylko w nielicznych przypadkach młodzi mieszkali po dwoje. Warunki po prostu na to nie pozwalały. Nasi gospodarze, w większości przypadków, nie należą do ludzi zamożnych. Jak na polskie standardy żyją skromnie i, wydaje się, że do życia potrzeba im nieco mniej. Dla nas ważne było to, aby spędzać czas z tymi ludźmi, przyglądać się temu jak żyją, jacy są, choć to, ze względów językowych, nie było zbyt proste. Wszyscy doświadczyliśmy ich ogromnej otwartości i gościnności, która, wydawało się, przekracza ich zasobność. Co do planu, to Dni w Diecezji zawsze mają na celu prezentację miejsca i kultury. Tak było w La Pintada i podczas jednego dnia pobytu w Penonomé. To co nas zachwyciło, to tańce i stroje mieszkańców, ale również ich żywiołowość i spontaniczność.

Mieszkając w panamskiej rodzinie miałeś okazję dobrze ją poznać. Jacy są panamczycy w takim bezpośrednim kontakcie? I w jakim języku rozmawialiście ze sobą?

Dla dobrego poznania musiałbym na pewno spędzić u nich więcej czasu. Ale i w ciągu tygodnia doświadczyłem wielu pięknych cech ich charakteru. Na pewno byli wobec nas bardzo otwarci i ciągle nas pozdrawiali. Kojarzyli nas ze św. Janem Pawłem II i szczycili się, że był w ich ojczyźnie w 1983 r. Mieli dla nas wszystko. Młodzi opowiadali o gospodarzach, którzy często jedli mniejsze i skromniejsze posiłki, np. bezmięsne, aby jak najlepiej ugościć pielgrzymów. Panamczycy podkreślali, że pielgrzymi są dla nich znakiem błogosławieństwa Boga i często dawali nam to odczuć. Moi gospodarze, Martinezowie, szczycili się tym, że jestem pielgrzymem – księdzem. Był to dla nich powód do dumy, a ja często czułem się tym nieco skrępowany – oduczyłem się trochę takiego podejścia do księży. Nie znam niestety hiszpańskiego, dlatego musiała mi pomagać aplikacja w telefonie. Wieczorami pomagali synowie Martinezów: Luis i Alfonso, z którymi można było rozmawiać po angielsku. Ogólnie mieszkańcy La Pintady są bardzo spokojni i przyjaźni. Luis i Alfonso mówili, że nie znają takich uczuć jak zazdrość czy nienawiść. To było piękne świadectwo o ich usposobieniu: pokój w sercu, a serce na dłoni.

Po tygodniu przeprowadziliście się do San Miguelito. Jak sprawdziłem, to część aglomeracji stołecznej? Kto was przyjął do siebie tym razem?

Byliśmy w parafii San Jose, czyli pod opieką św. Józefa. Jest to biedna część miasta, tzw. slumsy. Znowu trafiliśmy pod dachy rodzin panamskich i znowu spotkaliśmy się z tą samą życzliwością co w La Pintada. Różnica była taka, że nasi nowi gospodarze, ze względu na miejsce, bardziej się martwili o nasze bezpieczeństwo, aby nic nam się nie stało, aby nikt nas nie zaczepiał. Odprowadzali nas, kiedy zbieraliśmy się przy kościele parafialnym; przychodzili po nas, kiedy wracaliśmy z wydarzeń centralnych. Dzięki tej opiece, choć San Miguelito nie należy do najbezpieczniejszych, czuliśmy się tam bardzo dobrze.

Mogłeś przyjrzeć się funkcjonowaniu Kościoła w Panamie. Czy zauważyłeś coś charakterystycznego bądź egzotycznego z naszego, Europejskiego, punktu widzenia?

Panamczycy inaczej przeżywają liturgię. Są na niej bardziej żywiołowi. Naturalne jest dla nich wykorzystywanie muzyki, instrumentów, rytmów, tańca. Można było dostrzec, że w ten sposób wyrażają swoją wiarę. Zauważyłem, że ta ich żywiołowość i ekspresja udzieliła się w jakiejś części także nam. Dużo radości dawało nam śpiewanie naszych poważnych pieśni i nieco luźniejszych piosenek w miejscach publicznych. Zawsze spotykało się to z zainteresowaniem ze strony przechodniów i uczestników ŚDM. Wyjątkowo brzmiała kolęda „Przybieżeli do Betlejem” w temperaturze ponad 30 st. Celsjusza. Zwróciłem również uwagę na sposób funkcjonowania parafii. W Panamie jest 450 księży na 2,6 miliona katolików. Miejscowi księża uważają, że to wystarczająca liczba. Generuje to potrzebę większego zaangażowania świeckich: katechistów, liderów i wolontariuszy. Miałem wrażenie, że ludzie są bardzo świadomi swojego miejsca w Kościele i czują odpowiedzialność za jego funkcjonowanie. Nie chcę porównywać tego do sytuacji w Polsce – Kościół wciela się w tę kulturę i przestrzeń życia, jaką tworzą ludzie, a Panamczycy są inni od nas.

Czy któryś z Panamczyków zwrócił z kolei uwagę na wasz sposób modlitwy czy sprawowaną przez was liturgię?

Jeden z liderów parafialnych z San Miguelito powiedział nam, że bardzo mu się podoba nasza pobożność eucharystyczna. Zauważył skupienie i ogromny szacunek wobec Najświętszego Sakramentu w tabernakulum i podczas Mszy św.

Rytm ŚDM wyznaczały spotkania z papieżem Franciszkiem? Czy uczestniczyliście we wszystkich spotkaniach, czuwaniach i nabożeństwach?

Tak. Bez problemów dojeżdżaliśmy na wydarzenia centralne – to był warunek podstawowy. Nie mieliśmy trudności w tym zakresie, a to, po doświadczeniach wcześniejszych ŚDM, nie było oczywiste. Mogliśmy słuchać i przeżywać to, do czego zaprosił nas papież Franciszek.

W homilii podczas Mszy Posłania papież Franciszek powiedział: „Nieraz (…) wolimy Boga na odległość: miłego, dobrego, wspaniałomyślnego, ale odległego, takiego, który nie przeszkadza. Bowiem Bóg bliski i codzienny, przyjaciel i brat wymaga od nas, byśmy nauczyli się bliskości, codzienności, a przede wszystkim braterstwa”. To zdanie, które zapamiętałem czytając homilię papieża. Ty słuchałeś papieża na żywo. Która z jego wypowiedzi zwróciła Twoją uwagę?

Papież Franciszek, zapraszając młodzież do Panamy, zaprosił ich do świata, w którym sam się bardzo dobrze czuje. Obecność tam pomogła mi zrozumieć pewne wypowiedzi Ojca Świętego brzmiące dla Europejczyków niejednokrotnie obco. To ważne. Sam klimat życia Latynosów oraz problemy wyłuskane przez Ojca Świętego, choćby w rozważaniach Drogi Krzyżowej, dają wyraźne światło na nauczanie papieskie o Ewangelii żywej, potrzebnej ludziom na marginesie, potrzebnej w sytuacjach przez wielki świat wykpionych. Dosłownie czuć było nawiązanie do zmarginalizowanego Nazaretu, do zwiastowania zbawienia na peryferiach wielkiego świata, i do decyzji, które na nowo programują myślenie „światowe”. Pomogło mi to w hermeneutyce nauczania papieskiego. Bardzo wnikliwie słuchałem przemówienia podczas sobotniego czuwania. Papież powiedział, aby patrzeć na młodych oczyma Pana Boga. Czułem rodzaj słusznego zarzutu względem tzw. dorosłych, którzy potrafią młodych jedynie oceniać i od nich oczekiwać, co rodzi nieuniknione napięcia i brak zrozumienia kontekstu, w jakim żyje młode pokolenie. Papież odważył się zadać bardzo mocne, według mnie, pytanie: Jakie my, dorośli, dajemy młodym ludziom fundamenty? Jakie dajemy im korzenie? Jakie dajemy im podstawy, aby rozwijali się jako osoby? Franciszek krytykował również postawę szemrania przeciw młodym. Być może to negatywne ujęcie otworzy oczy na świat relacji, możliwości, wartości i postaw, jakie są prezentowane młodzieży.

Wśród wartości prezentowanych przez ŚDM jest jedność w różnorodności. Patrzyłeś na ludzi z różnych kontynentów modlących się i bawiących się razem. Co powiedziały Ci te dni o młodzieży świata i o Kościele młodych?

Problemy młodych to problemy współczesności. Papież zaznaczył, że Kościół młodych to nie jest jakiś paralelny Kościół. Ojciec Święty użył nawet określenia: Kościół bardziej rozrywkowy i „cool”. To jest Kościół ciągle budowany przez Boga, czyli taki, który odpowiada na wyzwania współczesności, który niesie Ewangelię do współczesności, a nie jakiejś spetryfikowanej i ukonstytuowanej teoretycznie rzeczywistości. To jest Kościół otwarty na Ducha Świętego, czego Światowe Dni Młodzieży są świadectwem. Młodzi potrzebują Kościoła, ponieważ świat bez niego jest nie do zniesienia. Bez nadziei, którą niesie Kościół, życie jest konsumpcyjną, bezsmakową papką z ukrytą trucizną. Po co jechać taki szmat drogi, rezygnować z wielu przyjemności i oddać niejednokrotnie ostatni grosz? Bez Jezusa żyjącego w Kościele nie da się udzielić odpowiedzi na to pytanie.

Czy ten milion młodych ludzi w Panamie, którzy oddali ostatni grosz, może cokolwiek zmienić w świecie, czy może jakoś wpłynąć na życie tych, którzy ugrzęźli w tej papce?

Oczywiście. Pełnia czasu zaczęła się na marginesie świata, w Nazarecie, o którym nikt wielki nie wspominał, i którego próżno szukać w historiografii. Dlatego papież woła młodych do Maryi, aby patrzyli na nią, słuchali jej odpowiedzi, i szukali łaski do bycia dyspozycyjnymi, tak jak Ona. Wszystko ma początek w rzeczach po ludzku małych. Taka jest logika działania Boga. Jemu wystarczy proch, by stwarzać; nawet nicość, by zaistniało umysłem nieogarnione. Dobra Nowina ma ciągle szansę dotarcia do ziemi jałowej. Słowo zamieszkało w łonie Dziewicy… Bóg zaczyna od zera i stoi to po stronie naszej wiary. Czy wierzymy w taką dynamikę Słowa Bożego? Czy wierzymy, że ma moc nas przemieniać? Szukam takiej wiary u siebie. I tutaj chyba nie chodzi o przeciwwagę dla mentalności świata, w której ugrzęzło wielu młodych. Bardziej musimy zwrócić uwagę na potencjał Kościoła, który ma życie Boga. To jest odpowiedź dla ludzi, którym grząski grunt kiedyś przestanie być wygodny.

Były to, nie licząc Krakowa, Twoje pierwsze ŚDM. Czy znalazłeś, podczas tych dni, jakąś inspirację jako diecezjalny duszpasterz młodzieży?

Zwróciłem uwagę na to, by nie bać się rzeczy pozornie małych i nieefektownych. Tajemnica Wcielenia, która przewijała się przez wszystkie przemówienia papieża w Panamie, jest rodzajem inspiracji. Przyjąć to, co jest, próbować to poznać i nie oceniać. Chodzi o świat młodzieży. Duży nacisk papież położył na potrzebę towarzyszenia, i sądzę, że jest to zadanie dla duszpasterzy. Być z młodymi zanim zacznie się ich pouczać. To jest zadanie tzw. pokolenia dorosłych, a wśród nich nas, księży. W Kościele nie ma uprzywilejowanych grup, są jedynie ci, którzy nie mogą żyć bez Ewangelii.

Panama to odległy kraj, i tak jak cała Ameryka Środkowa, rzadko jest celem wyjazdów dla turystów z Polski. Jak zmieniło się Twoje patrzenie na tę część świata i na ludzi Ameryki Środkowej?

Nie znałem wcześniej Ameryki Środkowej. Pobyt ten był jednak zbyt krótki, aby dokonać całościowej oceny. Mogę powiedzieć, że to inny świat, z ogromem dysproporcji społecznych. To świat, w którym trwanie przy Chrystusie wymagało niejednokrotnie ofiary z życia. Wzruszało mnie, gdy młodzież z Salwadoru żywo reagowała za każdym razem, kiedy wymawiano imię św. Oskara Romero (arcybiskup San Salvadoru, obrońca praw człowieka, zamordowany w 1980 r. podczas sprawowania Mszy św. – przyp. T. N.) – niektórzy mieli łzy w oczach. Kiedy widziałem młodzież z Nikaragui przypominałem sobie o niestabilności i braku pokoju w wielu krajach tej części świata – obecnie słyszymy o napięciach w pobliskiej Wenezueli. Przekonałem się, jak ważny jest Bóg w sytuacji biedy, zagrożenia życia, handlu ludźmi i odrzucenia najsłabszych. To była podróż w głąb egzystencji człowieka potrafiącego radować się pomimo przeciwności; człowieka poprzestającego na tym co skromne, małe. Podróż ku temu, co dla nas obce i jednocześnie fascynujące. Pobyt w Panamie pokazał mi Kościół, który trwa przy człowieku, a sama atmosfera i ludzie udowadniali, że Bóg zwycięża.

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: Paweł Grodzki