Artykuły

Będąc w drodze – rozmowa z ks. Aleksandrem Radoniem z racji diamentowego jubileuszu kapłaństwa

Wpisany przez ks. Tomasz Gałuszka

M.K. Urodziłeś się …
A.R. 24 grudnia 1935 roku. Dzisiaj powiedzielibyście, że byłem prezentem gwiazdkowym.

M.K. Co najbardziej pamiętasz z dzieciństwa?
A.R. Okruchy wspomnień z dziwną lekkością powracają. Czas wojny, dziecięce przerażenie na widok samolotów zakrywających niebo, oficerowie niemieccy zamieszkujący w naszym domu, mój lęk o psa (miałem wtedy 4 lata). Kiedy w 1944 roku wkroczyli Rosjanie musieliśmy opuścić nasz dom, szliśmy wraz z innymi pod ostrzałem niemieckim, a jeden z pocisków rozerwał się obok nas. Przysypał mnie i mojego brata ziemią. Pamiętam przerażoną twarz mamy, która z trudem wyciągała nas spod zwałów ziemi. W czasie wysiedlenia mieszkaliśmy w Białkówce, my dzieci spaliśmy w piwnicy na pryzmie ziemniaków. Pamiętam pewne zdarzenie, kiedy moi starsi braci wybrali się do naszego domu, by przynieść jakieś ubrania, najpotrzebniejsze rzeczy. Wrócili z koniem na biegunach dla nas. Dla nich to było najważniejsze, bo my bardzo lubiliśmy tę zabawkę. Ważne zdarzenie to rok 1946 lub 1947, kiedy po surowym egzaminie u księdza Bielawskiego przystąpiłem do komunii.

M.K. Czas szkoły…
A.R. Naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Jaśle rozpocząłem w 1949 roku, a jedyną decyzję, którą pamiętam to był fakt usunięcia religii ze szkoły. W 1952 nasza klasa zbojkotowała udział w akademii z okazji urodzin Józefa Stalina, na półrocze dostaliśmy dostateczne oceny z zachowania, a klasa rok starsza została rozwiązana. Tym samym mój kolega Tadeusz Polak poszedł do małego seminarium w Przemyślu. Po maturze złożyłem podanie na studia medyczne do Lublina, gdzie się dostałem i do seminarium. Wybrałem seminarium duchowne w Przemyślu. Ku mojemu zaskoczeniu wraz z Kazimierzem Tomasikiem spotkaliśmy tam naszych kolegów z liceum Jana Karasia, Franciszka Podolskiego. Przez 4 lat w seminarium pełniłem funkcję infirmarza tzn. opiekowałem się chorymi kolegami – moje powołanie medyczne mogło się również rozwinąć. W czasie epidemii „grypy Azjatki” robiłem po 50 – 60 zastrzyków dwa razy dziennie korzystając tylko z jednej strzykawki. By przystąpić do święceń kapłańskich musiałem wraz z innymi kolegami napisać pismo do kardynała Stefana Wyszyńskiego, który miał pełnomocnictwo z Watykanu, by wyraził na to zgodę, gdyż według prawa kanonicznego nie mieliśmy odpowiedniego wieku – 25 lat. Zgodę taka otrzymaliśmy
i tym samym 7 czerwca 1959 roku otrzymaliśmy święcenia. 14 czerwca w nowym kościele równocześnie z moim kolegą Kazimierzem Tomasikiem odprawiliśmy msze prymicyjne, ja na dole, a Kazimierz na górze. Był to czas, kiedy jeszcze nie było mszy koncelebrowanych. Na schodach witała nas moja mała sąsiadka, która z przejęciem wyrecytowała słowa wierszyka „Czcigodny księże milicjancie” zamiast prymicjancie – salwa śmiechu nie skonfundowała małej artystki.

M.K. Pracę rozpocząłeś …..
A.R. Pierwsza placówka była w Bieszczadach – Uherce przypada na lata 1959 -1961 wspominam ją z nostalgią – teren całych dzisiejszych Bieszczad to był jeden dekanat, który objeżdżałem na motorze BMW. W 1961 – 1962 roku byłem na placówce w Łętowni spokojnej wiosce położonej wśród lasów. 1962 – 1966 rok to mój pobyt w Łańcucie, dużo pracy w parafii i licznych szkołach, a przyjaźnie z tego miejsca przetrwały do dziś. 1966 – 1967 zostałem wikarym w Jodłówce. 1967 – 1982 czas ten to moja praca w Medyce, przez 3 miesiące jako wikary, a później już jako proboszcz parafii. To miejsce jest dla mnie bardzo ważne, dużo wyzwań – remont od podstaw kościoła, plebanii, budowa budynku katechetycznego. Rzecz również dla mnie najważniejsza to wprowadzenie ustaleń Soboru Watykańskiego II, którego idea całkowicie mnie pochłonęła. Z miejscem tym wiąże się wiele wspomnień m.in. nawiedzenie samych ram z obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i niespodziewana wizyta biskupów Błażkiewicza, Ablewicza, ordynariusza Taborskiego oraz jego eminencji kardynała Karola Wojtyły. W czasie krótkiej wizyty zdarzył się zabawny incydent, moja siostra podała Karolowi Wojtyle piuskę i roześmiała się mówiąc, że będzie niebawem papieżem. Po wyborach na papieża w 1978 roku wysłaliśmy z parafii gratulacje do Watykanu, na które otrzymaliśmy odpowiedź.

A.R. A Ty pamiętasz coś z pobytów w Medyce?
M.K. O tak, kiedy padał deszcz jako dzieci mogliśmy jeździć po jadalni na rowerze, bawić się Twoją kolekcją płyt. Nie zapomnę naszych wypraw na dzwonnicę, wspinaliśmy się na wysokość drugiego piętra, by rozkołysać dzwony. To była jedyna rzecz, która była zabroniona, ale …

M.K. Następne miejsce to?
A.R. W 1981 roku zostałem wezwany przez biskupa Tokarczuka, bym podjął się utworzenia parafii w Przemyślu – Kazanowie. To miejsce było dla mnie nie lada wyzwaniem, nie było kościoła, plebanii, był za to stan wojenny, zdobycie jakichkolwiek materiałów na budowę graniczyło niemal z cudem. Ale dzięki opatrzności powstała nowa, prężnie działająca parafia, w której oprócz mnie pracowało trzech wikarych.
W Przemyślu pełniłem również funkcję wicedziekana. W tej parafii wdrażałem model pracy według zasad „Ruchu dla lepszego świata”. W stosunkowo krótkim czasie udało mi się stworzyć rejony, podrejony, które były źródłem budowy małych wspólnot. Przy parafii uruchomiłem pierwszy w Przemyślu dom dla ludzi bezdomnych, włączyłem się również do pracy w ruchu „ Wiara i światło” – który tworzył zespoły ludzi opiekujące się dziećmi niepełnosprawnymi. To dla nich do kaplicy dobudowałem salki katechetyczne, w których mogli spotykać się, rozmawiać. Ważną działalnością była praca ze służbą ołtarza, scholą. Młodzież w ramach odpoczynku wyjeżdżała do Ustrzyk Górnych. Te spotkania jeszcze mocniej integrowały młodych ludzi.

A.R. Pamiętasz?
M.K. Tak, zaszczepiłeś w nas miłość do Bieszczad, rozmowy do świtu przy ognisku, nocne wejścia na Tarnicę, by zobaczyć wschód słońca, wiesz wujku, tego się nie zapomina.
A.R. W Przemyślu, a później już w Kańczudze byłem dyrektorem „Papieskich dzieł misyjnych”. Do moich obowiązków należało inicjowanie pracy na rzecz misji.

M.K. Jak ważne są misje?
Widzisz misyjność to struktura kościoła. O tym nie można zapominać. A moje plebanie były miejscem spotkań ludzi, którzy nieśli dobrą nowinę o Panu na całym świecie. Można rzec, że przy jednym stole spotykali się ludzie od Afryki po Kamczatkę. Niesamowitym dla mnie doświadczeniem był udział mojej parafii w światowym kongresie „Ruchu dla lepszego świata” w Rzymie. Tam miałem okazję niemal fizycznie doświadczyć duchowości i wspólnotowości kościoła. 1998 choroba mojej siostry przyczynia się do kolejnej zmiany parafii – Kańczuga – parafia z tradycjami i bolesną przeszłością. Dzięki metodzie „ Ruchu dla lepszego świata” udało mi się ukazać nowe oblicze kościoła. W Kańczudze byłem również dziekanem. 2006 rok to bardzo ważna dla mnie data, gdyż po 53 latach wróciłem na stałe w rodzinne strony i nadal staram się służyć ludziom i Bogu.

M.K. Powinnam od tego zacząć, gdyż pytanie to nurtuje mnie od dawna, czym dla Ciebie jest powołanie?
A.R. Nie będę w tym temacie odkrywczy, niech odpowiedzią będą słowa E. Stein – Miejsce każdego z nas zależy wyłącznie od naszego powołania. Powołania nie znajduje się po prostu po zastanowieniu i przeanalizowaniu różnych dróg – ono jest odpowiedzią otrzymaną w modlitwie. 

M.K. Dziękuję Ci bardzo.

Maria Kotulak
foto: ks. Grzegorz Wolan